dnia | tygodnia | miesiaca | roku

Z cyklu: Gliwice na kartki - Moja SP 11

2016-01-04 21:30:32

Pamiętam zapach chińskiej gumki, odcinki Plastusiowego Pamiętnika, niebieskie od atramentu palce i ciepłe mleko, fundowane przez KWK Sośnica. Nie zapomniałam, jak grało się w gumę (do 10 i w trójkąta), jak unikało się piłki w zbijaka i jak plotkowało z koleżankami na oponach stanowiących widownię boiska. 

 

Podstawówkę ukończyłam na Ligocie Zabrskiej w czasach doskonałego prosperity KWK Sośnica, wtedy, gdy na fotelu dyrektora zasiadały Barbara Wywioł a po niej Małgorzata Ploch. Choć pierwsze zdjęcia ze szkoły nie były jeszcze kolorowe, wspomnienia o tamtych czasach, wcale nie aż tak odległych, mienią się w mojej głowie barwami marzeń i trosk tamtejszego dziecka. Dziecka,które nie wiedziało, że żyje w epoce złego PRL.

 Zdjęcie

(oryginalne zdjęcie, na bazie którego powstała ta ilustracja, pochodzi ze strony Szkoły Podstawowej nr 11)

Moim celem nie jest gloryfikacja PRL, ale nie zamierzam również potępiać tamtych czasów. Byłam dzieckiem - to była moja rzeczywistość i innej nie znałam. Zresztą, dzieciństwo upłynęło mi całkiem beztrosko, choć - jak każde dziecko - musiałam codziennie mierzyć się z problemami właściwymi tej części życia. Nie doskwierało mi natomiast poczucie braku czegokolwiek, choć nie miałam rodziny w “rajchu” i a moi rodzice nie byli szczęśliwymi posiadaczami książeczki górniczej. Moje piórniki były może mniej kolorowe od piórników koleżanek, nie miałam 24 barwnych mazaków i fluorescencyjnego podkreślacza, nie ubierałam się w koszulki z postaciami Disneya i nie pachniałam drogimi proszkami, ale nikt z nas w tamtych czasach nie przywiązywał chyba do tego aż takiej wagi. Choć pamiętam, jaką traumę przeżyłam, gdy mama kupiła mi czerwone spodnie (innych nie było). Ktoś nazwał mnie wtedy bocianem i szczerze znienawidziłam tę część garderoby.

Tata pracował w PTSBW (Przedsiębiorstwo Transportowo-Spedycyjne Budownictwa Węglowego), a mama w Komagu. Do szkoły dojeżdżałam autobusem nr 32 najpierw z ulicy Kujawskiej (była jeszcze w “rejonie” SP 11), a potem z Zubrzyckiego (błagałam rodziców, by po przeprowadzce nie zmieniali szkoły). Najwięcej szkolnych przyjaciół mieszkało w “czerwonych blokach”, jedna w “szarych”, inni na Ligocie Zabrskiej.

“Jedenastka” znajdowała się pod opieką KWK Sośnica. To dzięki kopalni piliśmy codziennie kubek gorącego mleka (które uwielbiałam, choć większość moich rówieśników dostawało gęsiej skórki na myśl o obrzydliwym kożuchu), a górnicza kultura mocno przenikała mury naszej szkoły. Na ZPT lub plastyce robiliśmy czapki górnicze z pióropuszami, śpiewaliśmy “Górnicza lampka się pali”, rysowaliśmy górników przy pracy. Kopalnia podstawiała autobusy, którymi jeździliśmy na wycieczki i do kina Jutrzenka lub Kino Teatru X. W przykopalnianej stołówce odbywały się również najpiękniejsze karnawałowe bale.

Moją wychowawczynią do 3 klasy była pani Stępień, a od 4 do 8 pani Kleszcz. Historii - tego najważniejszego dla naszej świadomości tamtych czasów przedmiotu, uczył nas pan Karczewski. Był to człowiek o dość kontrowersyjnych metodach nauczania , ale jednocześnie zapadł mi w pamięć jako nauczyciel, który w dwóch ostatnich latach naszej edukacji, gdy byliśmy nieco mądrzejsi a u progu stały lata 90., zabierał nas na lekcje na szkolnym boisku, gdzie podkreślał dobitnie, że nie we wszystko, czego nas uczył, powinniśmy bezkrytycznie wierzyć. Tymi sugestiami celował przede wszystkim we mnie i Leszka - byliśmy szkolnymi prymusami, a ja słysząc je czułam jedynie niepokój dotyczący tego, jak z tak niekompletnie przekazaną wiedzą poradzę sobie w liceum.

Zanim jednak nadeszły lata niepokoju, cieszyłam się zapachem chińskich gumek, chińskim piórnikiem i chińskim piórem.

 

Zdjęcie

 

Szczytem marzeń było posiadanie chińskiego długopisu, który pisał najcieniej, co znacznie ułatwiało przygotowanie ściąg. Kto by pomyślał, że wrócą czasy, w których pochodzące z Chin przedmioty znajdować się będę w każdym z domów…

Taki długopis posiadała m.in. ucząca nas języka rosyjskiego pani Gawron. Biedna starsza pani, pracująca jednocześnie w kuratorium, miała z nami siedem światów. Od początku nazwała nas “gagatki”, a my doskonale dopasowaliśmy się do tej roli. Każdą lekcję rozpoczynał rytuał: siedzący w pierwszej ławce Damian seplenił “pse pani, pozycy mi pani długopis, bo się wypisał”, a ona odpowiadała przerażona “nie, bo to jest długopis z chińskim wkładem, syn mi z Rosji przywiózł”, a my wybuchaliśmy śmiechem. Pani Gawron zachęcała nas gorąco do zapisywania się to TPPR-u (Towarzystwa Przyjaciół Polsko-Radzieckich), ale moja rodzina była mocno temu przeciwna. Dla mnie było to coś na kształt dzisiejszego facebooka - nie rozumiałam wtedy ich niechęci, tak, jak nie rozumiałam, że przyjemności nie sprawia im obowiązkowy udział w kolorowych, powiewających biało-czerwonymi lub czerwonymi chorągiewkami pochodach pierwszomajowych.

 Zdjęcie

(fot. www.piast.gliwice.pl)

Na tych pochodach skończę moje wspomnienia. Są one zaledwie wstępem do cyklu, który niniejszym otwieram. Będą w nim publikowane obrazki - te sentymentalne i te historyczne, dotyczące Gliwic z okresu PRL. Ja byłam wtedy naiwnym dzieckiem, więc do współpracy zaprosiłam lokalnych miłośników historii ze Stowarzyszenia Gliwickie Metamorfozy, a także zapraszam wszystkich naszych Czytelników. Swoje opowieści można wysyłać na adres au@hydeparknews.pl. Opublikowane zostaną na specjalnie powstałym z tej okazji blogu, na Tubie Gliwic. Fanpage bloga znaleźć można na stronie: www.facebook.com/Gliwicenakartki.

Tekst został opublikowany w papierowym wydaniu Magazynu HydeParkNews.

Przeczytano: 1304 razy

Komentarze (0)
Loading...
Dołącz do
swoich znajomych!