dnia | tygodnia | miesiaca | roku

Podwórkowych zabaw czar

2016-08-15 10:15:19

Tym razem zapraszam w podróż mniej historyczną, a bardziej sentymentalną – w czasy dziecięcych podwórkowych zabaw okresu PRL.

Kto z nas nauczył dzieci gry w gumę? Kto pokazał, jak skacze się na skakance? Kto wyłożył zasady gry w zbijaka lub w dwa ognie? Przypomnijmy sobie – a w przypływie tęsknoty za minionym dzieciństwem być może nawet nauczmy nasze dzieci – jak fajnie jest bawić się na dworze w takie właśnie gry.

Palec pod budkę, bo za minutkę...

... zamykam budkę. Budka się zamyka i gości przymyka – to jedna z wielu wersji zawołania, które towarzyszyło zbieraniu chętnych do gry w coś, na co mieliśmy właśnie ochotę. Zanim jednak na dobre ruszyliśmy do zabawy, niezbędne było określenie pierwszeństwa lub powołanie drużyn. Możliwości były trzy. Najmniej lubiana – wylosowani lub wyznaczeni kapitanowie wybierali pojedynczo członków swoich drużyn. Stosowana przy małej ilości graczy – zabawa w marynarza. I w końcu wyliczanki, do których służyła niezliczona liczba rymowanek. Najbardziej chyba znana, to: Ene, due, rike, fake, torba, borba, ósme smake, deus, meus, kosmateus i morele baks – a jeśli wypadła osoba, która wypaść naszym zdaniem nie miała, można było ciągnąć dalej – trolejbusa, trolejbusa i morele baks – jeśli dalej nie pasowało nam wskazanie, można było dodać – biks, boks... Żeby było sprawiedliwie to wypadasz TY.

A gdy już ustalony był skład drużyn lub pierwszeństwo grania, można było przystąpić do zabawy.

Guma, choćby... z majtek

Zanim nastały czasy elastycznej i żarówiastej linki do grania w gumę, podbierało się mamom gumy, które służyły podtrzymywaniu majtek lub spodenek. Niestety, ten materiał szybko tracił sprężystość – po kilku użyciach gumy stawały się nie bardziej elastyczne, niż sznurek, przez co wpijały się w nogi grających. Zaciskałyśmy jednak zęby i z poświęceniem grałyśmy dalej.

 

Ze swojego dzieciństwa pamiętam trzy rodzaje gry w gumę. Przy większej ilości chętnych do zabawy, można było grać w trójkąta. Troje graczy trzymało jedną nogą gumę, tworząc nią równoboczny trójkąt. Czwarty gracz przeskakiwał kolejno: pomiędzy gumą, żabką po gumie i na jednej nodze. Zaczynało się od kostek, potem były łydki, kolanka, nadkolanka (pięść nad kolanem), uda (pod biodrami), półdupki (jak sama nazwa wskazuje – w połowie bioder), pas, paszki i... w tej grze rzadko dochodziło się wyżej.

Aż do ręki nad głową dochodziło się natomiast w przeskakiwaniu przez gumę. Udział w tej grze brało dwóch graczy stojących w gumie i jeden wykonujący zadanie. Wymagało to sporego wygimnastykowania, bowiem linkę na najwyższej wysokości pokonywaliśmy najczęściej robiąc gwiazdę. W tej konfiguracji grało się również w najbardziej popularną odmianę – skakanie od 1 do 10. Wszystkie te gry możliwe były również w parach. Gracze umawiali się na możliwą ilość "skuch". Czasem ustalano zasadę wybawiania gracza ze skuchy. Gdy mama zawołała koleżankę na obiad, guma zawiązywana była o poręcz drabinki lub trzepaka.

Skakanka

Zwykły sznurek z dwoma rączkami (najlepszy z liny z drewnianymi zakończeniami. W wersji bardziej dostępnej skakanki były plastikowe), podobnie jak guma, służył do kilku różnych zabaw. Skakać można było przez długą linę lub kilka związanych ze sobą. Dwie osoby rozkręcały linę, a 1 lub więcej skakały przez nią. Uczestnicy gry pobijali rekordy w ilości jednocześnie skaczących osób.

Skakanka miała jednak tę przewagę nad gumą, że można się nią było bawić w pojedynkę. I to na różne sposoby. Skakało się "dziesiątki": spacerkiem, żabką, na lewej i prawej nodze, krzyżykiem, przekładańcem itp..., a czasem przywiązywało do nogi i wykonując nią koliste ruchy, jednocześnie przeskakiwało przez luzem krążącą wokół nogi część.

Gra w klasy lub grzyba

Obie gry opierały się o wymalowanie kredą na asfalcie tabeli, rzucanie kamykiem w jej pola i skakanie (żabką, a potem na jednej nodze), kolejnych sekwencji, z pominięciem pola, na którym leżał kamień. Pamiętam ile emocji wywoływała ta gra – trzeba było znaleźć odpowiednio płaski i ciężki kamień, ustalić zasady, czy "na linii się liczy" i utrzymać równowagę – oparcie się nogą lub ręką dyskwalifikowało gracza.

Tabela narysowana na asfalcie mogła mieć wygląd grzyba lub prostokąta podzielonego na 6 lub 9 pól. W tym drugim przypadku w każdy kwadrat wpisana była osobna kategoria, np. imiona, warzywa, kolory itp. Jedna osoba w myśli mówiła alfabet. Wołało się STOP, i na tę literę, która wypadła przy zatrzymaniu, trzeba było wymienić przedmiot w kategorii, na którą naskoczyliśmy. Podobnie jak podczas gry w grzyba, nie można było nadepnąć na linię.

Coś dla chłopaków – gra w kapsle

To dla mnie trochę obcy teren, ale spróbuję przybliżyć zasady tej gry. Na ziemi koledzy rysowali tor: kredą lubi kamieniem na chodniku, patykiem na ubitej ziemi lub wygładzając piasek na obrzeżach piaskownicy. Następnie zaznaczali linię startu i linię mety, a pomiędzy nimi wiły się zakręty, piętrzyły nasypy i wyrzutnie z piasku, przeszkadzały budowle z gałęzi, kamieni lub zbiorniki wodne (dołek w ziemi zabezpieczony folią i wypełniony wodą albo zwykła kałuża).

Kapsle ustawiane były na starcie, jeden obok drugiego. Gracze na zmianę wierzchnią stroną na spód i pstryknięciem w falowany bok kapsla przesuwali je do przodu. Wypadnięcie poza linię toru oznaczało stratę kolejki. Wygrywał ten gracz, którego kapsel jako pierwszy przekroczy linię mety.

W latach 80. na podwórkach królowała odmiana tej gry wzorowana na Wyścigu Pokoju. Kapsle (kolarzy) specjalnie przygotowywano do wyścigu – polerowano (zdzierano) o chodnik jego wierzch tak, by kapsel miał lepszy „poślizg” a do wnętrza wklejano flagę państwa, które dany gracz reprezentował. Mocowano ją za pomocą plasteliny czy wosku, a samą mapę najczęściej wycinano z encyklopedii – ryzykowano oszpecenie wartościowej książki, choć groziło to nie lada burą od rodziców.

Popularne były również gry w piłkę – nożną, i owszem, ale również w zbijaka  i w dwa ognie. Zasady tych gier bez problemu przypomnieć sobie można googlując ich nazwy w Internecie. Kończąc swoje wspomnienia, wymienię jeszcze kilka zabaw, które znalazłam w głowie na półce z dziecięcymi wspomnieniami: raz, dwa, trzy: baba jaga patrzy; berek; ciuciubabka; chowanego; podchody...

A Wy? Jakie podwórkowe zabawy wspominacie najchętniej? Piszcie na au@hydeparknews.pl 

Tekst ukazał się drukiem w wakacyjnym wydaniu Magazynu HydeParkNews. 

Zdjęcia: Internet. 

Przeczytano: 1153 razy

Komentarze (0)
Loading...
Dołącz do
swoich znajomych!